Wszyscy wiemy, jak wyglądają warszawskie przystanki. Oblepione warstwą ofert handlowych i plakatów pełnią niezamierzoną funkcję słupa ogłoszeniowego. Wprawdzie po mieście krążą grupy myjące wiaty, ale jest to walka z wiatrakami. Gdy odjeżdżają, wnet wymyte szyby z powrotem pokrywają się papierową masą.
Zjawisko jest zresztą znacznie szersze i nie dotyczy tylko transportu miejskiego. Idąc ulicą, dosłownie wszędzie zobaczymy powiewające papiery. Ściany domów, sklepów, klatki schodowe, skrzynki elektryczne, rynny, śmietniki, słupy i słupki wszelkiego typu i rodzaju, a nawet drzewa. Do tych widoków większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić. Jeśli istnieje jakaś przestrzeń publiczna, którą można zagospodarować, na pewno nie pozostanie pusta.
Naklejanie ogłoszeń na przystankach i w innych miejscach dużego natężenia ruchu mieszkańców nie jest wcale wynalazkiem epoki kapitalizmu i wszechobecnego marketingu. Różnica polega tylko na ilości. Zasadniczą przyczyną tego, że zjawisko przybrało tak masowy charakter, jest łatwy dostęp do druku. Praktycznie każdy „szary obywatel” może wyprodukować w domu lub skserować sobie dowolną liczbę ulotek za niewielkie pieniądze.
Za kilkaset złotych firma dysponuje już dużą ilością wydrukowanych plakatów. W sytuacji ostrej walki o rynek trudno się dziwić, że ktoś korzysta z tak dobrego nośnika, jakim jest przystanek, czy drzwi wejściowe klatki schodowej. Przyzwala na to prawo, które karze tylko w przypadku złapania na gorącym uczynku. I słusznie. W tym celu wynajęto nawet ochroniarzy. Kilka lat temu na niektórych przystankach pojawiły się ostrzeżenia.
Naklejanie ogłoszeń miało grozić nie tylko karami, ale też nieprzyjemnym spotkaniem z dużymi panami z ochrony. O dziwo, pomogło… na kilka miesięcy. Naklejacze szybko skonstatowali, że to tylko straszak i przystanki znów „odżyły” dawnym kolorytem. Sankcje za nielegalne rozlepianie ogłoszeń to dla firm, które to robią, nawet nie kij, a mały kijek.
Rzadko kto jest rzeczywiście ukarany, dlatego przemysł reklamowy na wiatach kwitnie niezależnie od pory roku. Ludzie wściekają się, że jest brudno, często sami zrywają ogłoszenia. Inni w oczekiwaniu na transport czytają anonse i korzystają z nich. Problem jest praktycznie nie do rozwiązania. Czy aby na pewno? Jeszcze 10–20 lat temu na osiedlach często można było spotkać tablice służące do bezpłatnego rozlepiania ogłoszeń.
Czasem była to deska na stalowych rurkach, czasem betonowy element. Ważne, że spełniały swoje funkcje. Obecnie, mimo że podobno należymy do cywilizacji informacyjnej, część tych tablic została zdemontowana, a na nowych osiedlach nikt o tym nie myśli. Trudno mieć pretensje do małych firm, często lokalnych, że chcą się zareklamować, czy do pana Tadzia, że chce się pozbyć starego odkurzacza lub pani Jadzi, która „odda kotki w dobre ręce”.
Trudno im wyrzucać, że czynią to za pośrednictwem przystanków czy innych miejsc niedozwolonych, skoro tych prawnie usankcjonowanych po prostu nie ma. Stworzenie systemu prostych, tanich tablic nie jest wydatkiem, którego nie sposób udźwignąć. Dałoby to moralne prawo do egzekwowania kar za rzeczywiste zaśmiecanie wiat i innych miejsc publicznych. Można by wtedy uczciwie powiedzieć: „Tam ma pan miejsce do naklejania”. A teraz, jaką dajemy alternatywę?
MP