Strona główna
Internetowe wydanie Kuriera Wolskiego - wszystkie numery
Wybierz miesiąc:
Numer: 27/328
Plik: zobacz
Data: 30 kwietnia 2009
Artykuły:
  • Po co nam ten Norblin?
  • Za plakacik mandacik
  • Święto Miłosierdzia Bożego na Woli
  • Pani Stefania jak zbędny balast?
  • – rozmowa z por. Adamem Drzewoskim „Benonem” – batalion „Pięść”, zgrupowanie „Radosław” – cz. 3

    — Jak wyglądał moment wyjścia żołnierzy AK z Warszawy?

    — Były dwie grupy – jedna, która szła z „Borem”, druga żoliborska. Ja wychodziłem w grupie, gdzie był „Bór”. Najpierw znaleźliśmy się w Ożarowie, w fabryce kabli, potem w Lamsdorf, gdzie siedzieliśmy około miesiąca wśród pcheł i pluskiew.

    Następnie trafiłem do Bawarii pod Monachium. W miejscowości Moosburg znajdował się duży międzynarodowy stalag. Zajmowaliśmy się uprzątaniem gruzu w Monachium. Dojeżdżaliśmy tam, a w końcu zostaliśmy w mieście na stałe w jakiejś szkole. Pilnowali nas Austriacy. Jeden nie miał nogi i było mu wszystko jedno, drugi pianista, był ranny w głowę i udawał wariata.

    Grał nam zresztą na pianinie. Jak Amerykanie pod koniec kwietnia zbliżyli się do Monachium i słychać było odgłos walk, którejś nocy zaległa cisza. Budzimy się, a tu wszędzie biało-niebieskie flagi (barwy Bawarii – red.). Na ulicach nie ma nikogo. Pusto.

    Za chwile słychać szum i wjeżdżają amerykańskie czołgi, wozy opancerzone i jeepy. Wtedy zdarzyła się niezwykła rzecz. Przed naszą bramą zatrzymał się jeden sherman (czołg amerykański – red.) i wyszedł z niego murzyn. Patrzy na wywieszoną przez nas biało−czerwoną flagę i pyta: „Polaki?”. Otworzyliśmy oczy ze zdumienia. A skąd ty znasz polski? – pytamy. – Bo ja jestem z Chicago.

    Ja z wami pracowałem – odpowiedział jakby nigdy nic. Dał nam papierosy, czekoladę i trochę pogadał. Następnego dnia Amerykanie przysłali misję wojskową, czy nam czegoś nie potrzeba, ale my byliśmy dobrze zaopatrzeni. W Monachium działała rozdzielnia paczek żywnościowych i myśmy otrzymywali te, które zalegały.

    3 maja, gdy obchodziliśmy małą uroczystość, Amerykanie złożyli nam gratulacje, a potem zabrali nas do obozu oficerskiego pod Norymbergą – Oflag X. Tam przez jakiś czas przebywał też „Bór” Komorowski i Jankowski, jego adiutant w czasie niewoli. Wtedy w poszukiwaniu specjalistów przyjechali oficerowie łącznikowi II Korpusu od Andersa.

    Zgłosiłem się i razem z kilkunastoma innymi wyjechaliśmy do miejscowości Macerata. Ładne stare miasteczko, gdzie po 2−3 miesiącach pobytu podpadłem dowódcy. Pojechałem na ślub kolegi i nie wróciłem na noc. Rano przychodzę, a chłopaki na wartowni mówią: – Dobrze, że wróciłeś, bo za 2 godziny wezwalibyśmy żandarmerię. Zamelduj się u majora.

    Przyczepiłem do piersi krzyż walecznych, idę i mówię: – Panie majorze melduję się do raportu. Tak mnie upili, że nie mogłem przyjechać. – A skąd wy macie ten Krzyż Walecznych? – Z powstania. – Z powstania… a jaki zawód? Dobrze, to ja was skieruję do szkoły podchorążych łączności.

    I wysłał mnie do Rzymu, gdzie przebywałem 2 miesiące. To było miasto wprost kipiące życiem, pełne rozmaitych wojsk, a my mieszkaliśmy w domu akademickim, niedaleko dworca Termini. Po zajęciach mieliśmy wolne i można było zwiedzać. W ten czas papieżem był Pius XII, u którego byłem nawet na audiencji. Ustawili nas w dwuszereg i zobaczyliśmy z daleka, że niosą kogoś w lektyce. To nie to, co dziś…

    Potem całą szkołę przetransportowano do pięknej miejscowości nad morzem, na lotnisko włoskich samolotów torpedowych. Niedługo później nastąpiła ewakuacja II Korpusu z Włoch do Anglii i przez Neapol dostaliśmy się statkami transportowymi do Szkocji.

    Z Glasgow trafiliśmy na poamerykańskie lotnisko ciężkich bombowców, których już wtedy tam nie było. Zostały pięknie urządzone koszary i budynki po Amerykanach. W lutym 1946 ze szkoły podchorążych zostaliśmy przemianowani na Polską Szkołę Radiotechniczną – i w ramach RPPG, czyli czegoś w rodzaju korpusu przystosowania do życia cywilnego.

    W 1948 roku stanąłem przed decyzją, co robić dalej. Jechać do Polski, czy nie. Wszyscy, którzy wracali do kraju w późniejszym okresie, musieli się zarejestrować w nowej ambasadzie polskiej w Londynie. Spytali mnie, co chcę robić i dostałem skierowanie do Polskiego Radia. Kiedy wróciłem, wszystkie największe czystki były za mną, ale od ‘50 roku, jak już przyszedł Rokossowski, zaczęli mnie „ciągać” bez przerwy.

    „Kto mi kazał przyjechać do Polski”, „Co ja tu robię?”, itp. Zajmował się tym Wydział Ochrony Polskiego Radia, albo wozili mnie na Koszykową, gdzie mieściła się bezpieka. W Gęsiówce zrobili obóz roboczy dla więźniów politycznych. Siedziało tam dwóch moich kolegów z radia.

    Jeden za słuchanie BBC, a drugi za przypadkowe uszkodzenie kabla. Nie powiedzieli mu, że w miejscu, gdzie kopał, jest kabel. A ten, który mu kazał to robić, nie przyznał się do tego. Obaj z wyrokami 2, czy 3 lat pracowali na Gęsiówce. Później opowiadali, co robili. W wielkich młynach mełli cegłę z Getta, mieszali ją z cementem i robili pustaki.

    Ja ciągle musiałem pisać życiorys. Zrobiłem to raz, a po paru dniach słyszę – zginął wasz życiorys, piszcie jeszcze raz. Do tego ankiety wielostronicowe, z kim miałem kontakty, jakie, kto mnie wprowadzał w czasie okupacji do konspiracji, itd. A ja się opierałem w zeznaniach na Stanisławie Jankowskim „Agatonie”, bo wiedziałem, że ma pozycję budowniczego Warszawy i w ten sposób przetrwałem do 1956 roku.

    Z Polskiego Radia przeniosłem się do Polskich Nagrań, a jakiś czas potem z trzema kolegami zaproponowaliśmy w PAX’e założenie fabryki płyt gramofonowych. Piasecki to kupił. I tak powstała firma Veriton, która istniała 30 lat, a ja byłem jej dyrektorem technicznym.

    Wydawaliśmy płyty z muzyką religijną, poważną, organową. Większość nagrań robiliśmy w terenie, już wtedy na taśmie. Nie były to duże nakłady i żeby trochę na to zarobić, zaczęliśmy wydawać muzykę rozrywkową – bitową. Między innymi jako pierwsi nagraliśmy Piotra Szczepanika i dzięki niemu na Żółtych Kalendarzach przez 2 lata zarabialiśmy pieniądze.

    PAX miał swoje przywileje. Skąd one się brały, nie wiem, w każdym razie urządzenia do produkcji płyt kupiliśmy dzięki mojemu koledze ze szkoły, Andrzejowi Foggowi, od jego ojca. Kazali mu zlikwidować Fogg Records. Zlikwidował, ale sprzęt przewiózł i zachował. To była nasza pierwsza fabryka. Przez cały ten czas nagraliśmy około 250 pozycji – wszystkie przekazałem do zbiorów Biblioteki Narodowej.

    — Zostały Panu jakieś pamiątki z czasów okupacji?

    — Przede wszystkim miałem kompletny odbiornik radiowy Philipsa, przerobiony do dokładnego odbioru, ze specjalną skalą, który podarowałem jakiś czas temu Philipsowi. I niestety ktoś go ukradł.

    — Dziękuję za rozmowę.

    MP
Numer: 26/327
Plik: zobacz
Data: 16 kwietnia 2009
Artykuły:
Numer: 25/326
Plik: zobacz
Data: 2 kwietnia 2009
Artykuły:
 
 
wolska bajkapowstancza wolaNasza Chłodnaparki wolikurier