„Huśtawki” cz. 2
Pachniało kluskami ze słoninką. Teresa wyjęła plik pocztówek i zaczęła mi je pokazywać.
– To są takie zdjęcia – mówiła – ilustracje do bajek, które czytałyśmy. Rzeczywiście, odnalazłam na nich Niezabudkę z warkoczem i Żołnierzyka pod mostkiem. Gdy ja tak oglądałam, Teresa przekładała pozostałe, aż w końcu podała mi tę właściwą.
– Co to jest? Ależ to okropne, czy to też bajka? Pocztówka przedstawiała niesamowitą scenę. Na tle chmur pędzonych wichrem stała szubienica. Tak samo wysoka jak te, które budowali przy ul. Mszczonowskiej. Na niej wisiało kilku mężczyzn.
Teresa nazwała ich wisielcami. O szubienicę oparta była drabina, po której schodził chłopak z przerzuconym przez ramię ciałem wisielca. Przed szubienicą rozpalone ognisko, wokół którego głupi Jaś, jak go nazwała, sadzał trupy, opierając jeden o drugi.
Zaniemówiłam, zrobiło mi się niedobrze i ledwie dochodził do mnie cichy głos Teresy:
– To jest bajka o głupim Jasiu, który chce ocieplić i ożywić wisielców. Tak wygląda szu−bie−ni−ca!
– Nigdy nie słyszałam o takiej bajce i nie chcę jej czytać! Pokaż – prosiłam
– inne pocztówki. I choć oglądałam „Księżniczkę na grochu” i inne piękne ilustracje, to miałam w oczach tylko szubienice. Rozmowa się urwała. Wyszłam od Teresy pod pretekstem obiadu.
Pobiegłam w stronę fabryczki Żyta. Przykucnęłam pod parkanem przy transformatorze i przyglądałam się szubienicom. Powracając do domu, podskakiwałam raz na jednej, raz na drugiej nodze śpiewając: „Kółko krzyżyk, kółko krzyżyk, kółko krzyżyk, powieszony!” Och, co ja śpiewam, głupia gra, nie będę grała w powieszonego. Nigdy!
W mieszkaniu zaskoczyła mnie dziwna atmosfera. Zupa zimna, bo nie przyszłam jak mnie wołali i nie było bury. Ojciec stał przy stole. Do teczki wkładał koszule i ręcznik, upominając mnie, żebym już nigdzie nie wychodziła. Mówił nerwowo, jakby się tłumaczył, że idzie do Cyrańskich na Elekcyjną: bo tu mogą aresztować mężczyzn, bo po co to stawiali, tam jest dalej od tego miejsca. (Myślał o szubienicach).
Gdy było późno, wyszedł z domu. Poszłam na balkon. Zauważyłam, że na ulicy nie ma ludzi. Jutro miały być imieniny mojej siostry Jadwigi, jak one się odbędą? Na 15 października schodziła się młodzież, bywało wesoło, czasem z tańcami.
Nazajutrz było cicho, a kwiaty przysyłano od „Lutka”, „Tadeusza” i „Dzieciaków” z Ordona. Coś wisiało w powietrzu.
Na każdy odgłos z ulicy moje siostry biegły do okna. Wieczór był długi, zasnęłam. Rano pierwsza byłam na nogach i obudziłam łaskotkami Jadwigę. Wcale się nie śmiała. Bez słowa podbiegła do okna. Krzyknęła i osunęła się na podłogę.
Janka, moja druga siostra, pospieszyła jej z pomocą, a ja wspięłam się na parapet. W lewo, o jakieś 150 m od naszego domu, naprzeciw „Polskiego Tlenu”1, na uprawnym polu, w odległości 15 m od ulicy, na dwóch szubienicach wisiało na pętlach zaciśniętych na szyi 10−ciu mężczyzn. Tak samo jak na pocztówce – tylko że tamto było okropnym pomysłem na bajkę. W miejscu, gdzie na pocztówce było ognisko, stało dwóch Niemców z karabinami.
Ten dzień był cichy, a burzył umysły wiadomościami: że przed powieszeniem krzyczeli – „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Niech żyje Polska”. Przekazywano sobie tylko, że „ten” mówił, że „tamten” słyszał. Naocznego świadka nikt nie widział. Najbliżej byli kolejarze na 6. posterunku PKP, ale o domniemanej godz. 2.00 w nocy na pewno bali się wyglądać, albo było im to zabronione. Wszyscy byli pewni jednego: to wiszą „polityczni” z Pawiaka.
Po południu gromadkami zaczęli ukazywać się ludzie. Sprawdzali, czy nie ma wśród pomordowanych kogoś bliskiego. Następnego dnia było więcej przybywających, a trzeciego jeszcze więcej. Szli całą wolną przestrzenią, trotuarem, ulicą, a nawet rowem biegnącym wzdłuż ogrodzenia (…).
Wszystkiemu przyglądałam się z balkonu i widziałam kobiety, które rozpoznawały syna, ojca, męża, brata i słyszałam ich pełne bólu okrzyki. Płakali nawet obcy. Na 1 listopada Jadwiga i Janka, wkradając się nocą pod puste szubienice, postawiły świeczki, a na ogrodzeniu wywiesiły hasło „Cześć Polakom pomordowanym, cześć Polsce walczącej”. (…) Po tym wszystkim uciekałam od każdego, kto proponował mi zabawę w szubienice.
Inne zabawy straciły urok. Huśtawka, którą tak lubiłam, przypominała tych niemych świadków strasznych wydarzeń – stojące w polu szubienice.
Z Warszawy wyjechałam w 1946 r. Siostra zabrała mnie do siebie po tragicznej śmierci mojej matki. W 1983 r. odwiedziłam ciotkę mieszkającą przy Mszczonowskiej. Poszłyśmy na miejsce straceń. Teraz znajdowało się między torami, których przybyło aż do numeru 14−go.
Teren wydzielono, wchodziło się furtką. Naokoło trawnika wyrosły brzozy, w głębi stała jedna szubienica. Drugą w 1945 r. odrąbano na krokwie dachu odbudowywanego domu. Tę ocalałą zawdzięczamy przytomności pani Cepuchowej, która, biegnąc przez pole, krzyczała: „Hańba zabierać to drewno na dach! To musi zostać i świadczyć o dokonanej zbrodni!”.
Nie byłam tego taka pewna, nie byłam zadowolona, że ta druga tu zostanie, bo wciąż przypominała tę okropną noc z 15 na 16 października 1942 r. Po latach byłam innego zdania – dobrze, że szubienica została i przypomina, że:
Tu zginęło Dziesięciu
Tu płakały matki, żony i dzieci
Tu rodziła się nienawiść
I Strach budził ze snu
Jakby nie dziesięciu ich było, a stu.
W serce wbiła się zadra
W mózg całe zdarzenie
Powieszonym daj Panie odpocznienie
Wieszającym rozgrzeszenie
A mnie zapomnienie.
W 50. rocznicę wydarzenia. Genk (Belgia), 1992 r.
Dojazd do miejsca pamięci przy ul. Mszczonowskiej
Jadąc od Woli ul. Kasprzaka należy skręcić w lewo, w ul. Ordona, następnie w prawo, w ul. Gniewkowską i w lewo, w ul. Mszczonowską. Ok. 100 metrów za torami kolejowymi, po prawej stronie czytelnik zobaczy słup wysokiego napięcia, a za nim ogrodzony teren, gdzie stoi szubienica. Dziś to miejsce opustoszałe, otoczone starym sadem i bazami transportowymi. W powietrzu unosi się zapach wilgoci, piasku i torów kolejowych.
ZZ/red. JR
1Mowa o fabryce Towarzystwa dla produkcji i sprzedaży tlenu i gazów przemysłowych „Polski Tlen” Sp. z o.o., która mieściła się przy ul. Mszczonowskiej 12. Ze względu na bliskość torów kolejowych, na Odolanach znajdowało się wiele fabryk. Przy ul. Gniewkowskiej, Ordona, Mszczonowskiej i Sowińskiego bazy transportowe i magazyny miały m.in. browar Haberbuscha i Schielego, zakłady „Lilpop, Rau i Loewenstein”. Przyp. JR za (1) J. Kasprzycki, „Korzenie miasta”, tom V Żoliborz i Wola, Veda, Warszawa 2004. (2) „Spis abonentów warszawskiej sieci telefonów PAST i Rządowej Warszawskiej Sieci Okręgowej rok 1938/39”.