Autorka poświęca swoje wspomnienia pamięci ukochanej siostry Jany.
Wszystko zaczęło się od tego, że mój daleki przodek ze strony ojca ze starego austriackiego rodu arystokratycznego w osiemnastym wieku brał udział w wojnie sukcesyjnej przeciwko królowej Marii−Teresie.
Po przegranej kampanii , ratując głowę przed gilotyną, uciekł do Polski. Osiedlił się nad rzeką Białką, dopływem Dunajca. Chcąc zatrzeć za sobą ślady, pożegnał się ze swoim rodowym nazwiskiem i przyjął nowe, od tejże rzeki Białki. Miał trzech synów. Jeden wyjechał do Ameryki, drugi osiedlił się w Rosji, a trzeci pozostał w Polsce. Był wiernym i lojalnym wobec nowej ojczyzny obywatelem.
Niespełna dwa wieki później ja przyszłam na świat. Urodziłam się niemal w Puszczy Białowieskiej, wychowałam w tajdze syberyjskiej, zaś osiedliłam się w Warszawie, czyli w środku Europy, gdzie się znalazłam szczęśliwym zrządzeniem losu. No cóż, dzikus musiał przystosować się wymagań cywilizowanego świata.
Tym samym spontaniczność i żywiołowość – zamienić na dystynkcję. Nie jest to takie proste, bowiem „czym skorupka za młodu nasiąknie...” Toteż dzikie zwierzę co chwila ze mnie wyłazi. Ale i to, co się ma we krwi, daje znać o sobie.
Cóż, w moim życiu wpierw była rodzima prastara puszcza z ostępami, wiekowymi dębami i głuszcami tokującymi na konarach. Potężne żubry, mocarne niedźwiedzie, groźne odyńce. Piękne jelenie, dumnie noszące swe wielkie poroża. Płochliwe sarny przemykające wśród drzew.
Krwiożercze rysie, spadające z gałęzi na ofiary niczym grom z jasnego nieba. Wszelaka drobnica. Okazałe orły, kruki, sokoły i różne ptactwo śpiewające... Potem tajga. Niezmierzona, dziewicza. Dzika i obca... I wreszcie Warszawa, wielkie miasto, niegdyś jedno z najpiękniejszych w Europie, dziś jakże zeszpecone przez powojennych i współczesnych budowniczych.
Tłumy śpieszących ludzi... Na krótko – malowniczy zakątek w Walii ze średniowiecznym zamczyskiem... Oto tło, na którym rozgrywały się dzieje mojego życia.
Siostrzana miłość
Drewniany domek na skraju Hajnówki, tuż pod samą puszczą, w którym przyszłam na świat jeszcze przed wojną, stoi do dziś. Obok był dom mojej kochanej matki chrzestnej, „kumy”, jak nazywałam ją, naśladując rodziców.
Podobno byłam lubianym berbeciem. Na zdjęciu z ochronki, czyli żłobka dla dzieci z rodzin ubogich i wielodzietnych, siedzę na kolanach opiekunki, która mnie bardzo hołubiła. A mój lekarz – przyszłam na świat z paskudną wadą wymowy, której pomagał mi się pozbyć, bez rezultatu – nie mógł spokojnie przejechać bryczką, gdy ja akurat znalazłam się w pobliżu.
Tak entuzjastycznie był witany przeze mnie, że musiał zatrzymać konia i choć na moment wziąć mnie na kolana.
Mały domek był za ciasny dla naszej licznej rodziny. Ja byłam piąta. Pierwsza była Jana, potem Luta, Zbyszek, Rysiek i na końcu ja. Toteż tata zaczął budować duży dom w Białowieży, na skraju puszczy, z dala od szosy.
Stało tam już kilka domów w rzędzie z jednej strony drogi, a właściwie ścieżki. Z drugiej – zaczynał się las. Tata wpierw postawił solidny mały domek przedzielony kotarą. Jak zmieściliśmy się w nim wszyscy, nie mam pojęcia. Ale zmieściliśmy się.
Pamiętam, jak przy kotarze siedziała na stołeczku mama i robiła sobie pedicure taty brzytwą do golenia.
Mieliśmy duży nieogrodzony teren, gdzieniegdzie zarośnięty drzewami, wśród których stały ule z pszczołami. Kiedyś przyjechała do nas „kuma” ze swoimi dziećmi: Lilą i Jurkiem. Na stoliku pod drzewem jedliśmy miód ze spodeczków i co chwila ganialiśmy wokół tego stolika, podczas gdy dorośli mile gawędzili, siedząc obok na ławeczce.
CDN
MD